Home Kącik Ornitologa W kompanii Śmieszek
W kompanii Śmieszek PDF Drukuj Email
Wpisany przez Krzysztof Pawlukojć   
wtorek, 05 stycznia 2016 10:51

Ptasia solidarność i niespodziewany pomocnik.

Nie wiem, czy się śmieją i czy w ogóle jest im do śmiechu. Z pewnością zaś mewy śmieszki osiągnęły sukces. Nauczyły się żyć w pobliżu ludzi, dzieląc się swoim naturalnym środowiskiem. A człowiek to łapczywa istota i wystarczy, że da mu się palec, a żąda całej ręki. I tak to właśnie przyszło śmieszkom  funkcjonować pośród tysięcy jachtów, motorówek, skuterów wodnych, ośrodków wypoczynkowych, portów...  A one dalej na jeziorach, tak jak przed laty, kiedy na naszych wodach niemo przesuwały się jedynie łodzie rybackie...

NIE TAKI CZŁOWIEK STRASZNY

Śmieszki z kolei liczą na dobrą spółkę. Jeżeli coś udostępniasz to chcesz w zamian też z czegoś ekstra skorzystać. To logiczne i naturalne. I mewy jak najbardziej upominają się o swoje, nie dadzą się zepchnąć na drugi plan. Czerpią pełnymi dziobami z wytworów ludzkiej działalności, ludzkiego postępu, rozwoju... Biorą ile się da i jak się da. Pojawiają się przy śmietnikach, na osiedlach, wysypiskach śmieci, oczyszczalniach ścieków. Te wszystkie miejsca, uprzemysłowione, zurbanizowane,  to dla ptaków zupełnie nowa jakość otwierająca dodatkowe możliwości żerowania. Nie każdy ptak ma predyspozycje i możliwości, aby z takich bonusowych "stołówek" korzystać. Śmieszki szybko się przestawiły i obecnie są w tej dziedzinie prawdziwymi specjalistami. Zawdzięczają to przede wszystkim swojej elastyczności pod względem preferencji pokarmowych. Są otwarte na nowe smaki, a jednocześnie nie należą do wybrednych. Lista pokarmów śmieszek jest bardzo długa i obejmuje m.in. ryby, drobne ssaki, bezkręgowce, padlinę, owoce, nasiona oraz wszelkie odpadki z naszych stołów.

Mimo presji ze strony człowieka wkraczającego i stopniowo zagarniającego ich naturalne siedliska śmieszki nie ustąpiły,  jak większość gatunków. Mogły przenieść się, poszukać spokoju i obszarów o mniejszej ingerencji człowieka. Jednak na przekór wszystkiemu stały się u nas jednym z najpospolitszych gatunków, a już zdecydowanie prym wiodą wśród krajowych gatunków mew.  Zawdzięczają to przede wszystkim swojej naturze - niepokornej, ekspansywnej, ciekawskiej, upartej, zawziętej i zadziornej.  Śmieszki posiadają jeszcze jeden istotny atut: postawiły na kolektyw. Najlepiej czują się w grupie, wśród swoich, wśród kompanów, sąsiadów, znajomych... I to zarówno w sezonie lęgowym, kiedy gnieżdżą się blisko siebie w dobrze zorganizowanych koloniach, jak i w okresie jesienno - zimowym, gdy wspólnie nocują, przemieszczają się i żerują. Zazwyczaj, gdzie jest jedna śmieszka już można wypatrywać kolejnej. Spotkania z pojedynczymi ptakami zdarzają się zdecydowanie rzadziej.

W KOMPANII ŚMIESZEK

Prawdziwą siłą stada śmieszek jest solidarność. I to nie taka, jak nasza, przedstawiana najczęściej na papierze i kończąca się już na szumnych hasłach. To prawdziwa mewia solidarność. Nie do złamania i nie do przegapienia. To odpowiedzialność za siebie i za sąsiadów. To wspólne działalnie, wspólny interes i wspólny cel.  Szczególnie uwidacznia się to w koloniach lęgowych, gdzie w obliczu zagrożenia do walki z intruzem stają w jednym szeregu zarówno właściciele gniazd, jak i młodsze osobniki, które jeszcze nie założyły własnych rodzin. Śmieszka potrafi nawet stanąć w obronie gniazda sąsiada, który jeszcze przed chwilą bezczelnie podkradł jej materiał gniazdowy. W razie alarmu drobne grzeszki i nieporozumienia odchodzą na dalszy plan. Największą determinację i bojowość śmieszki prezentują w chwili, kiedy w ich gniazdach pojawiają się jaja, a później pisklęta. Niech no tylko ktoś zakłóci ich spokój i zaplącze się wówczas w pobliżu kolonii. Nie ma znaczenia czy to myszołów, jeż, lis, kruk, czy człowiek. Rozpoczyna się od markowanych ataków, a  jeżeli trzeba to w ruch  idą mewie skrzydła i dzioby.  W dodatku wszystko w akompaniamencie chóru głośnych, rozpaczliwych, skrzeczących, przeciągłych odgłosów.

Kilka razy miałem okazję przekonać się o nieustępliwości śmieszek na własnej skórze. I szczerze mówiąc wystarczyły mi tylko pozorowane ataki. Co jednak najgorsze (dla mojego odzienia) naloty obronne były połączone z bombardowaniem. A jakim "ładunkiem wybuchowym" dysponują śmieszki każdy się chyba domyśla. Takim argumentom trudno się oprzeć! Kompania śmieszek to niezwykła siła. Dlatego też przy ich koloniach bardzo chętnie gnieżdżą się inne ptaki wodne. Rybitwy, kaczki, czy perkozy "przyklejając się" do mewiego osiedla zyskują wiele. Bojowi strażnicy odpędzając od kolonii nieproszonych gości roztaczają jednocześnie parasol bezpieczeństwa nad pozostałymi mieszkańcami.  A cóż może być dla ptaków w okresie lęgowym bardziej cenne, niż odrobina spokoju.

Oczywiście zbiorowość śmieszek wcale nie jest jakimś idealnym, wzorowo funkcjonującym organizmem. Utarczki, przepychanki i próby sił są na porządku dziennym. Ale taki jest świat ptaków. Dzikie życie nie przewiduje empatii, wyrozumiałości, czy litości. Liczy się tylko cel, który należy osiągnąć za wszelką cenę, najlepiej najmniejszym nakładem wysiłku. Dodatkowym czynnikiem zapalnym jest natura śmieszek - agresywna, wybuchowa, natarczywa. To właśnie wśród mew kleptopasożytnictwo urosło niemal do rangi sztuki. Podkraść, wyszarpać, podebrać, wygarnąć - do tego trzeba umiejętności i doświadczenia. To śmieszki trenują nieustannie. Potrafią wykradać pożywnie nie tylko współtowarzyszom, ale i dla innych gatunków ptaków: kaczek, łysek, miejskich gołębi, ptaków krukowatych, a nawet spod dziobów potężnych łabędzi.

ZAKŁADOWA STOŁÓWKA

Mimo, iż zakład w Spytkowie jest oddalony w znacznej odległości od jezior śmieszki bez trudu wytropiły jego lokalizację. W tej chwili jest to stały punkt na trasie ich przelotów w poszukiwaniu pożywienia.  Nie jest niespodzianką, że to właśnie śmieszki pojawiają się na terenie zakładu w największych ilościach. Czasami stada tych ptaków liczą nawet ponad sto białych żerujących głodomorów. Śmieszki nie obawiają się konkurencji. Zdaje się, że wprost przeciwnie - im nas więcej tym lepiej. A co ZUOK oferuje dla mewiego towarzystwa? Bogate menu, świeże dostawy, czynne 24h, możliwość korzystania z opcji "na wynos". Dodatkowo wieczorami i w weekendy lokal jest dostępny wyłącznie dla ptactwa. Spokój i swoboda. Tylko czasami jeden dziwak z aparatem fotograficznym nieco zakłóca tą sielankę. Ale mimo tego uważam, że dla śmieszek i tak jest to najlepsza oferta w całej okolicy. Z serii takich ? nie do odrzucenia!

Śmieszki są wszędobylskie i ekspansywne. Nie ograniczają się jedynie do przeszukiwania placu składowiskowego, który dla większości żerujących ptaków stanowi prawdziwe centrum. Próbują również czatować na kąski, które mogą przytrafić się w innych rejonach zakładu. Coś wypadnie, coś się wysypie - to wszystko bystre śmieszki mają na oku. To są gratisowe porcje,  po które inne gatunki raczej nie ustawiają się w kolejce. Ale żeby z tego skorzystać trzeba mieć naturę śmieszek - odwaga, umiejętność lawirowania, wyczekiwania, korzystania z okazji...

Moim celem jednak była próba sfotografowania żerujących jesiennych śmieszek na placu. Tam ułożyłem się wygodnie pomiędzy damską rajstopą, a krótkim, będącym w całkiem dobrym stanie, gumiakiem ogrodowym i czekałem na odpowiednią chwilę.  Leżąc pomiędzy tymi wszystkimi niepotrzebnymi już nikomu przedmiotami za każdym razem dopada mnie zaduma, jak ulotne i szybko przemijające są te wszystkie materialne "skarby" , o które zabiegamy i za którymi uganiamy się bez opamiętania. Zdecydowanie nie warto przywiązywać do nich zbyt dużej wagi. Wcześniej, czy później wszystko kończy właśnie w takich miejscach! Wracamy jednak do śmieszek. Zależało mi, aby tym razem uwiecznić je na zdjęciach w ich skromniejszych spoczynkowych szatach. W sezonie wiosenno ? letnim ptaki te charakteryzują się przede wszystkim swoim brązowym "kapturem". Dorosłe ptaki wyglądają jakby przed chwilą łakomie nurkowały w słoiku z kremem czekoladowym. Jesienią ten ich główny atrybut zanika, głowa staje się jednolicie biała , a pozostają jedynie niewielkie, ciemne plamki w okolicy pokryw usznych.

POMOC NA CZTERECH ŁAPACH

Cel osiągnąłem w stu procentach. Jednak nie wiem, czy udałoby się bez mojego niespodziewanego pomocnika. Tym chętnym do współpracy stworzeniem okazał się średniej wielkości pies, który dosyć niespodziewanie "wprowadził się" na teren zakładu. Typowy "kundelkowaty",  krótkowłosy, ciemnawy  czworonóg,  jakich wiele na tym łez padole. Przy pierwszym kontakcie Zuoczek (bo tak go nazwałem z racji miejsca spotkania) czmychnął przede mną  w popłochu przenosząc się niczym magik, nie wiadomo jak i którędy, na drugą stronę ogrodzenia. Jednak za drugim razem postanowił zbliżyć się do mnie, już z daleka uzewnętrzniając swoje pokojowe zamiary, tak jak to tylko psy potrafią. Od razu przypadliśmy sobie do gustu i tego dnia nie odstępowaliśmy od siebie nawet na krok. Zuoczek, dla którego nie miałem nic do zaoferowania poza dobrym słowem oraz serdecznym uściskiem dłoni, wyrażał niezwykłą radość z naszego spotkania i wdzięczność za mój każdy, nawet najmniejszy gest. Pojawił się jednak pewien problem. Jak tu w takim towarzystwie wejść na plac i jak dyskretnie w ukryciu czekać na ptaki, kiedy nowy przyjaciel podążał za mną niczym cień.

Przy wejściu na składowisko postanowiłem w swojej całej naiwności zwrócić się do Zuoczka po ludzku i po polsku i wytłumaczyć mu, że dalsza jego asysta może utrudnić mi moje plany. Pies popatrzył na mnie, pokręcił głową, postawił uszy i usiadł. Trudno w to uwierzyć, ale najwidoczniej zrozumiał! Od tej pory tylko śledził moje poczynania grzecznie siedząc na granicy wejścia na plac. Ptaków jednak nie było, wszystkie przesiadywały na sąsiedniej górce.  Postanowiłem pójść za ciosem i poprosiłem Zuoczka w wymowny sposób, aby przepłoszył ptactwo. Liczyłem, że zlęknione opuszczą bezpieczną górkę i przemieszczą się na plac, tuż przed mój obiektyw. Nie do wiary, ale pies od razu ruszył w kierunku skrzydlatego towarzystwa i w pełni wykonał swoje zadanie. Chmara ptaków poderwała się do góry, krążyły przez kilkadziesiąt sekund nad terenem zakładu po czym, tak jak to sobie wymarzyłem, wszystkie osiadły w centralnej części placu. Psi pomocnik dalej cierpliwie czekał na swoim posterunku z dala od mojego ukrycia. Dzięki niemu sfotografowałem nie tylko śmieszki, ale i wrony siwe, gawrony, kawki, czy kruki. Wytrwały Zuoczek czekał na mnie trzy godziny. Na koniec pożegnał się czule i poszedł swoją drogą...

Nigdy więcej nie widziałem Zuoczka. Nie wiem, jaki był jego dalszy los. Być może postanowił kontynuować swoją tułaczkę gdzieś  w zupełnie  innych rewirach. A może został ekspediowany przez odpowiednie służby w bezpieczne miejsce, gdzie może liczyć na pełną miskę. W końcu trudno tolerować na terenie prężnie działającego zakładu obecność wałęsającego się, bezpańskiego czworonoga. Nawet jeżeli jest tak miły i sympatyczny jak Zuoczek. A śmieszki? O nie w ogólne się nie martwię, bo jestem więcej niż pewien, że jak zwykle doskonale dadzą sobie radę...

Zmieniony: czwartek, 03 marca 2016 07:53