Home Kącik Ornitologa Co rośnie w zakładzie?
Co rośnie w zakładzie? PDF Drukuj Email
Wpisany przez Krzysztof Pawlukojć   
środa, 27 września 2017 11:18

Bujne ogrody w centrum zakładu

ŚWIEŻAKI ZE SKŁADOWISKA

Jest końcówka lata. Nuda, nic się dzieje! W ptasich zmaganiach na składowisku w ZUOK-u od pewnego czasu status quo. Tylko kań już brak, a i bociany zostały tylko dwa - młodziki. Poza tym szara (konkretnie czarno - biała) skrzydlata rzeczywistość.  Dlatego tym razem nie będzie ornitologicznie, a będzie... ogrodniczo! Też na "o". Na obrzeżach placu składowiskowego bowiem prawdziwa warzywna eksplozja, można by rzec - klęska urodzaju. O tym warto napisać, o tym warto rozmawiać...

WARZYWNE PERPETUUM MOBILE

Tego dnia w założeniu wszystko miało być inaczej. Miały być ptaki na placu, miały być ciekawe obserwacje, miałem mieć kolejną porcję udanych fotografii ptasich portretów i sylwetek. A tymczasem obchód wokół składowiska stopniowo zmieniał swoje oblicze. Niezbyt liczne, jak na to miejsce, ptaki szybko uciekły i tym razem zupełnie nie chciały współpracować. Słońce mocno przypiekało, aż na szyi poczułem delikatne strużki potu. Było raczej nieprzyjemnie i nijako. Nagle jednak dotarłem do miejsca, które mnie przyciągnęło i zainteresowało. Na przeciwległych obrzeżach placu bujnie rozwinął się warzywno - kwiatowy ogród. Poczułem się nawet przez moment jak Maja Popielarska w ogrodzie. A co w tym przybytku? Co się tylko wymarzy - dynie, kabaczki, pomidory, cukinie, ogórki i sam nie wiem co jeszcze... wszystko dorodne, obfite, wypasione i ... zapewne niepryskane.  Kto zawiaduje tym wyjątkowym warzywnikiem, kto pielęgnuje, kto podlewa, kto pieli, kto chucha i dmucha, kto walczy ze szkodnikami? Okazuje się, że nikt! I tu właśnie pojawia się największe niezrozumienie, niesprawiedliwość i swoisty paradoks. Moja teściowa przez pół roku uwija się jak mrówka w swoim ogródku, niemal dzień po dniu, dogląda, ochrania, dogadza, kontroluje i ulepsza, a ostateczne zbiory są za każdym razem wielką niewiadomą. W porównaniu do wysypiskowych upraw efekt jej prac, wysiłku i poświęcenia jest zupełnie niewspółmierny i wręcz bezczelny. W ZUOK-u się wszystko samo rozsiało, samo się dogląda, samo rośnie i dojrzewa. Bez względu na pogodę, na otoczenie, na ingerencję człowieka, na ingerencję owadów. Gigantyczny kompostownik na placu składowiskowym aż kipi i buzuje wypuszczając dorodne plony.  Wszystko więc samoistnie się napędza i utrzymuje to warzywne perpetuum mobile.

BABINICZ I BAJAJA

Nie znam się na ogrodnictwie, na uprawach, na warzywach. Nie wszystkie nawet rozpoznaje i potrafię nazwać.  Jednak to, że się człowiek na czymś nie zna to wcale nie znaczy, że nie powinien o tym pisać. To stara zasada - nawet jeśli nie potrafisz to pchaj się na afisz. Rozpocznę może od pomidorów! Pomidor to warzywo czerwone, duże jak pięść, można je spożyć jako dodatek do kanapki, bądź ze śmietaną do obiadu. Tak przynajmniej było w okresie mojej młodości. Teraz typów i odmian pomidorów jest chyba tyle, ile modeli telefonów komórkowych. Moja żona lubi pomidory papryczkowe. A są pomidory koktajlowe, śliwkowe, wiśniowe, zielone, podłużne, malutkie i wzdłużne. W Internecie znalazłem nawet swojsko brzmiące odmiany: balkonowy Bajaja, czy karłowy Babinicz. Aż się by chciało na to wszystko zaintonować tak pięknie jak Olbrychski: "jam nie Babinicz, jam Kmicic". Do czego służy te pomidorowe szaleństwo, czy np. pomidor cherry to bardziej wiśnia, czy jednak pomidor - trudno mi pojąć? W każdym razie zakładowe składowisko nie odbiega od standardów i mód ? tam też pomidorki do wyboru do koloru. Są wielkie, małe, malutkie, mini i supermini. Kształty przeróżne, odcienie jeszcze przeróżniejsze. Wlazłem bez oporów w ten fragment pomidorowego buszu. Zapachniało, wzburzyłem liście i łodygi, które wystrzeliły swoistym aromatem tych warzyw. Zupełnie tak, jak u babci w ogrodzie, w szklarni, gdzie jako karzeł czułem się jak Tony Halik w dżungli amazońskiej. Soczysta zieleń, gęstwina, aż trudno wszędzie dojść i wszędzie zajrzeć. Teściowa mówiła, że w tym roku pomidory opanowała zaraza, że plamy na liściach? W ZUOK-u żadnej plamki, wszystko się pnie, wszystko zdrowe. A przecież tam zarazy nikt nie goni, nikt jej nie przeszkadza i niczego nie zabrania. Mogłaby sobie tam zaraza zaszaleć, puścić wodze fantazji. Ale na placu zarazy ze świecą szukać. Bezczelność! Nic nie rozumiem!

NA CO KOMU DYNIA?

Kolejną odsłoną i chlubą późnoletniego składowiska są dynie. Na dyniach znam się jeszcze mniej niż na pomidorach. W latach mojego dzieciństwa dynia była zdecydowanie na marginesie ogrodowej hierarchii. Liczyły się ziemniaki, buraki, marchew, fasola, sałata, kapusta. Dynia to był zbytek. Dyni babcia w ogródku nie miała. A obecnie to warzywo robi niewątpliwą furorę, to prawdziwe pięć minut tego ogrodowego olbrzyma. Dynia jest modna, dynia jest trendy. Przepisów i porad na jej spożytkowanie bez liku - zupa z dni, przetwory z dni, dżem z dyni, krem z dyni, placki z dyni... Do tego dochodzą jeszcze kwestie ozdobne i głupkowate święto Hallowen, którego kiedyś nie było ... i bardzo dobrze. Określając tę maskaradę mianem "święta" to duże nadużycie - ot, to kolejny wymysł służący celom komercyjnym, napędzający sezonową sprzedaż tandetnych gadżetów dla dzieci.  W ten cały przemysł wkręcono również dynie - taki symbol, że niby straszna dynia, z oczami, potwór.... Dziwny to pomysł, dla mnie dynia może się kojarzyć ze wszystkim, ale nie z horrorem. Ale ktoś tak już wymyślił i się przyjęło. Oczywiście to tylko moje zdanie i jeżeli komuś to wszystko się jednak podoba to przepraszam, znoszę to i jak najbardziej toleruję!!!

Składowisko Zakładu Unieszkodliwiania Odpadów Komunalnych w Spytkowie oferuje dynie przeróżne - na każdą głowę. Wybór jest całkiem spory - są dynie klasyczne o kolorze pomarańczowym, ale również żółte, zielone, kropkowane, cętkowane. Niektóre z nich eksponowane, inne szczelnie ukryte w zielonej roślinności. Wszystko oczywiście jeszcze rośnie, wzbiera, przybiera na wadze - dynie nie powiedziały jeszcze ostatniego słowa. Nikt i nic nie jest w stanie zahamować samoistnej eksplozji warzywnego szaleństwa. Szkodniki są bezradne. Nawet taki bezwzględny postrach ogrodników, jak ślinik luzytański - brązowy, duży ślimak bezskorupowy. Znalazłem jednego na betonowym przęśle, jak leżał na mokrej plamie - chyba tak płakał z bezsilności. On chodzi, gryzie, pożera, stara się, jak może - a wszystko kwitnie i ma się dobrze. I jak tu się wykazać, jak wypełnić swoją osobliwą, szkodniczą rolę! Z całego gąszczu dumnie wystają dodatkowo dorodne główki słonecznika. I z tej uprawy chyba najbardziej cieszą się drobne ptaki, które już zacierają skrzydła. Gdy tylko olbrzymi kwiatostan zamieni się w talerze z nasionami dla ziarnojadów będzie prawdziwa wyżerka. Szczygły, dzwońce, ale także sikory, czy mazurki z pewnością będą korzystały z zakładowych dobrodziejstw.


Nie da się ukryć. Kreowana jest obecnie moda na warzywa. I bardzo dobrze. Dyskonty spożywcze prześcigają się w ofertach kusząc dzieci i naciągając ich rodziców na pluszowe maskotki imitujące bohaterów ogrodów i działek. Ja jednak zdecydowanie wole te naturalne, w pełnym wymiarze, walorze smakowym i wizualnym. Dlatego stanowczo będę promował świeżaki ze składowiska. A jeżeli ktoś nie ma swojego wysypiska śmieci to polecam sklecić naprędce jakiś przydomowy kompostownik, dać temu impuls i spokojnie czekać na samoistne efekty... Wszystkich wyżej wymienionych rad udzielił człowiek niepielący, niepodlewający, niepryskający, nieodrobaczający i w ogóle nieznający się na skomplikowanej sztuce ogrodnictwa. I tak trzymać. Za miesiąc już polecam swoje wywody na temat fizyki kwantowej.

Zmieniony: środa, 27 września 2017 11:58