Joanna Bogdanowicz

Joanna Bogdanowicz

środa, 18 listopad 2020 07:08

Dymówka

DYMÓWKA – CZARNY BRYLANT

 Pisali o niej Władysław Broniewski, czy Wisława Szymborska. Śpiewał o niej Stan Borys. Była inspiracją obrazów Zdzisława Beksińskiego, czy Carla Crivellego. Jej wizerunek widnieje w National Gallery w Londynie. Jest symbolem wolności, niezłomności i wytrwałości. Jest jednym z tych gatunków ptaków, który od zawsze budził zainteresowanie oraz podziw człowieka, inspirował i rozpalał emocje, a także działał na wyobraźnię. Oto jaskółka – czarny brylant!

 SZYBSZA OD AUTA

 W naszym kraju żyją trzy gatunki jaskółek. Najbardziej sztandarowym, reprezentatywnym i najczęściej wizualizowanym przedstawicielem rodziny jest dymówka. Może dlatego, że jej sylwetka w locie z rozwidlonym, długim ogonem prezentuje się najbardziej okazale i klasycznie wpisuje się w charakter tych ptaków. Może dlatego, że to ptak związany z wiejskim, sielskim krajobrazem, tak chętnie uwiecznianym i utrwalanym przez lata w rodzimej literaturze i sztuce. A może dlatego, że najczęściej je widać, są bardzo liczne i poprzez to rzucają się w oko i odkładają się w świadomości. Wszystkie jaskółki oczywiście należy docenić i w równym stopniu podkreślać ich walory. Jednak tym razem skupimy się na dymówkach i niech to o nich będzie ta dzisiejsza ballada.

Ciekawostek i niezwykłych historii związanych z tymi ptakami jest cała masa. Nas, jako ludzkość, najbardziej ekscytuje i porywa ich wspaniała i niczym nieograniczona umiejętność wspaniałego, lekkiego i sprawnego lotu. Dymówki, jak na jaskółki przystało, większość czasu spędzają w powietrzu. Ich lot jest szybki, zwinny i brawurowy.  Schwytanie dymówki w locie to niebywale trudne zadanie, do którego mogą predysponować jedynie bystre i błyskawiczne w swoich reakcjach sokoły, jak choćby kobuzy. Ale wcale nie jest to kolacja szybka, łatwa i przyjemna. Dymówki w locie mogą osiągać prędkość dochodzącą nawet do 90 km/h. A więc wyprzedzić dymówkę, nawet mając do dyspozycji auto, wcale nie byłoby tak, jak to mówią, hop – siup! To dzięki tym podniebnym popisom i swobodzie w przestworzach dymówki zaskarbiły sympatię i szacunek wśród ludzi. Szczególnie wśród różnego rodzaju fantastów, lekkoduchów i romantyków. Oderwać się, odlecieć, szybować w dowolnym kierunku – to by się marzyło niejednemu, ciężkiemu, statycznemu przedstawicielowi ssaków naczelnych.

 MUROWANIE NA ŚCIANIE

 Lot dymówki to nie tylko spryt i zwinność. To również niesłychana wytrwałość  i moc. Dymówki, które gnieżdżą się w naszym kraju na zimę udają się na obszary znajdujące się w południowej części Afryki. Niektóre ptaki pokonują w tej morderczej wędrówce nawet 10 tysięcy kilometrów. I to wcale nie zajmuje im zbyt wiele czasu. Dymówki potrafią taką trasę przebrnąć w czasie sześciu tygodni.  Biorąc pod uwagę wiotkość, lekkość i skromne warunki fizyczne tych obieżyświatów to wynik królewski i imponujący. A ile ty drogi czytelniku byłbyś w tanie przemieścić się wykorzystując jedynie swoje naturalne możliwości własnego organizmu przez półtora miesiąca? Ja zapewne zdołałbym jedynie obejść dookoła jezioro Niegocin, a i tak bym musiał pewnie korzystać z jakichś środków dopingujących.

Jednak natura dymówek nie opiera się tylko na beztroskich, żywiołowych i frywolnych aspektach funkcjonowania. W sezonie lęgowym odzywa się drugie, zupełnie przeciwstawne oblicze tych ptaków. Wiosną rozpoczyna się proces budowy gniazda, a w tej materii dymówki są niezrównane. Może z nimi konkurować w zasadzie tylko inny gatunek krajowych jaskółek – oknówka, która chętniej osiedla się w miejskiej przestrzeni. Gniazda murowane wśród ptaków nie zdarzają się często, a właśnie w konstruowaniu takich mieszkań wyspecjalizowały się te dwa gatunki jaskółek. Z grudek błota, gliny i własnej śliny lepią swoją czarkę przytwierdzając ją do ściany budynku. Lepią mozolnie i dokładnie, lepią po grudce, tak jak murarz cegła po cegle, lepią wytrwale i cierpliwie. Przy tak fachowych pracach ptaki muszą wykazać zupełne inne cechy – odpowiedzialność, sumienność, solidność i pracowitość. A więc jaskółka to nie tylko podniebny szaleniec, ale również pragmatyczny pracuś.

 NAJLEPIEJ NA WSI

 Jaskółki, w tym również, dymówka, to ptaki z reguły pozytywnie postrzegane, budzące powszechną sympatię i szacunek wśród ludzi. Co prawda, nie zawsze akceptowane jest ich bliskie sąsiedztwo.  Gniazda jaskółek umieszczane na fasadach i przy oknach budynków mieszkalnych często budzą sprzeciw właścicieli, których niepokoją konsekwencje takiej wspólnoty. To prawda, że podsiadanie ptasich sąsiadów jest trochę uciążliwe i trzeba się liczyć z ewentualnymi nieczystościami. Jednak bez paniki, wystarczy pod gniazdem zainstalować jakąś półeczkę lub podest i można zachować odpowiednią estetykę i czystość budynku. Nie jest to takie kosztowne, ani wymagające wyrzeczeń, a miłe towarzystwo sympatycznych  i wdzięcznych stworzeń – bezcenne.

Problem tych kontrowersji sąsiedzkich pomiędzy ludźmi, a jaskółkami, dymówki obejmuje w znacznie mniejszym stopniu. Ptaki te mają zwyczaj swoje gniazda zakładać we wnętrzach budynków, stąd ich głównymi i potencjalnymi obiektami nadającymi się do zasiedlenia są  przede wszystkim obory, stodoły, stajnie i inne budynki gospodarcze. Tam wewnątrz dla krowy, świni, czy konia obecność jaskółek i ich budowli nie jest w żaden sposób dokuczliwa.

Szukałem wiele razy gniazd dymówek podczas pobytów w Zakładzie Unieszkodliwiania Odpadów Komunalnych w Spytkowie. Pod względem infrastruktury wszystko powinno pasować dymówkom. Są garaże, wiaty, zadaszone budynki z możliwością swobodnego wlotu do środka. Na placu składankowym po deszczu nie brakuje materiału budulcowego na gniazdka. Panuje też względny spokój i gdyby gdzieś para ptaków wymurowałaby sobie pod dachem jakieś m-1 z pewnością nikt nie podnosiłby strasznego larum i nie straszyłby ptaszków eksmisją. Jednak mimo oferty niemal idealnej i spełniającej wszelkie „dymówkowe” kryteria gniazd jak nie było tak nie ma. Żerujące ptaki wiosną i latem pojawiają się nad placem i kręcą się po terenie zakładu, ale to są tylko odwiedziny chwilowe i nie trwają zbyt długo. Z gniazdem zaś nie ma nawet żadnych planów i prób. Wytłumaczenie ciśnie mi się w zasadzie tylko jedne. Może futurystyczny krajobraz nowoczesnego zakładu nie do końca im pasuje w kontekście stałego zamieszkania. Być może przytłacza ich ta nowatorska, innowacyjna i techniczna przestrzeń i w żadnym stopniu nie przystaje do  swojskich, sielskich i przaśnych klimatów malowniczych wiosek. A właśnie taka tradycyjna i staromodna wieś to jest to, co tygryski…., o przepraszam – dymówki, lubią najbardziej!

Bezpieczeństwo i odpowiedzialność

To najważniejsze hasła w dobie epidemii koronawirusa. Specjalnie dla mieszkańców Mazurski Związek Międzygminny - Gospodarka Odpadami przygotował krótki poradnik, jak postępować z odpadami w tym trudnym dla wszystkich czasie.

Poradnik do pobrania: PORADNIK

wtorek, 13 październik 2020 08:56

Rolniku

Usuwanie folii rolniczej

Pierwszeństwo w przyjęciu folii rolniczych i innych odpadów pochodzących z działalności rolniczej w ZUOK Spytkowo, maja rolnicy którzy złożyli w wymaganym terminie wniosek o usunięcie ww. odpadów. Dodatkowy nabór wniosków zostanie ogłoszony w przypadku nie wyczerpania puli środków przeznaczonych na realizację zadania. W przypadku jakichkolwiek pytań dotyczących programu prosimy o kontakt pod nr  tel. 87 429 13 74 lub 575 363 177.



(Fot. pixabay)

środa, 30 wrzesień 2020 08:51

Gołąb miejski

SYNANTROPIJNY KOSMOPOLITA, CZYLI ZWYKŁY GOŁĄB MIEJSKI

 Najbardziej znany i zarazem najbardziej kontrowersyjny gatunek ptaków. Są wszędobylskie, nachalne, zdeterminowane, zuchwałe, śmiałe i na stałe przywiązane do obecności człowieka. Przez większość ludzi niechciane, nietolerowane i przepędzane, ale jest też grupa ich zwolenników i adoratorów. W końcu trudno sobie wyobrazić miejską przestrzeń bez gołębia miejskiego. A i dla gołębia miejskiego również to się…  w pale nie mieści!  

 ZAGROŻENIE NA DRODZE

 Wielu mądrych tego świata zastanawiało się całe lata nad fenomenem gołębia miejskiego. Trudno pojąć, jak to się stało, że dziki gatunek gołębia skalnego w pewnym momencie stopniowo w siedliskach ludzkich odnajdywał dogodniejsze warunki niż w pierwotnych, naturalnych biotopach. Co prawda populację miejską stworzyły przede wszystkim ptaki zbiegłe bądź wypuszczane z hodowli, które jednak wolały na wolności zagospodarować przestrzeń zurbanizowaną. Tak naprawdę przejście mogło nastąpić w sposób łagodny, gdyż zabudowa miejska jest doskonałym substytutem górskich, skalistych bezkresów. Jedynie trzeba było wkalkulować istotną rolę dwunożnego, władczego ssaka w swoje życie i funkcjonowanie. Definicja synantropizacji, czyli przystosowania się dzikich zwierząt do życia w otoczeniu człowieka, powinna rozpoczynać się na miejskich gołębiach i na nich kończyć. Nie trzeba niczego więcej. Trudno o bardziej synantropijny gatunek. Gołębie na parapetach, gołębie na strychach, gołębie wskakujące na buty na rynkach starych miast, czy w restauracji, gołębie ginące pod kołami samochodów na osiedlowych uliczkach. Czasami ich spokój, opanowanie, flegmatyzm i aż nadmierna ufność do swoich wyrobionych standardów funkcjonowania w miejskiej przestrzeni może gubić i paradoksalnie być zagrożeniem. Ile razy jadąc autem 10 km na godzinę trąbiłem na drepczące stadko gołębi, które nie reagowało na toczące się przy ich ciałach koła oraz sygnał dźwiękowy. Moja cierpliwość kierowcy była wielokrotnie wystawiana na poważna próbę. Oczywiście jako miłośnik ptaków godziłem się na dyktat i dobrą wolę gołębi, które w końcu odblokowywały możliwość ruchu. Wiem i widziałem to nie raz, że jednak dla większości zmotoryzowanych i uzależnionych od pośpiechu właścicieli czterech kółek, taka doza tolerancji dla zwykłego, szarego i przeciętnego gołębia jest nieosiągalna.  Gołąb ma w mieście lepiej niż miałby w swoich naturalnych siedliskach, ale ma też i gorzej. Jak to w życiu zwykle bywa, nie ma ideałów, zawsze istnieją jakieś plusy dodatnie i plusy ujemne.

 NA KOPERNIKU I MICKIEWICZU

 Kto ceni, uwielbia i szanuje gołębie miejskie oraz ich sąsiedztwo w swoim najbliższym otoczeniu i patrzy przychylnym okiem na wspólną zażyłość ręka do góry. Nawet jeśli teraz siedzę jedynie przed monitorem komputera wyczuwam, że tych gołębiowych entuzjastów nie tylko nie byłoby tylu, żeby stworzyć drużynę piłkarską, ale też nie uzbierałoby się chętnych na partyjkę pokera. Oczywiście miło jest pokarmić gołąbki w wakacje na starówkach dużych miast, fajnie zrobić zdjęcia ptaszka siedzącego na pomniku Kopernika, czy Mickiewicza, ale na tym koniec. Gołąb jako sąsiad ze swoim gniazdem i lęgowymi obowiązkami jest zdecydowanie w większości przypadków nie do przyjęcia. Uciążliwość ptaków jest głównym argumentem, ale kto z nas choć raz nie był uciążliwym sąsiadem niech pierwszy rzuci kamieniem (byle nie w gołębia). Jednak ptaki nigdy nie były na równiej szali w stosunku z dwunożnym kuzynem szympansów. Musimy jednak zachować pełną szczerość i obiektywizm w przedstawieniu faktów. Nie zamierzam specjalnie ocieplać wizerunku gołębi miejskich, gdyż liczą się fakty (a gołębie mi za ten felieton nie płacą). A te fakty dla gołębi wcale nie rysują się w różowych barwach. Po pierwsze gołąb miejski to brudas i nie ma co do tego wątpliwości. Widziałem miejsca na strychach, gdzie ptaki te zakładają swoje prowizoryczne gniazda. Dookoła wszystko oblepione jest kałem, rozwleczonym brudem, piórami. Konstrukcje w ich przypadku szumnie nazwane gniazdami to niewielkie, luźne kupki gałązek i patyków. Co prawda usprawiedliwieniem dla niechlujstwa gołębi może być fakt, że miejsce lęgowe wykorzystują przez długi czas, a wiadomo, że przy tak intensywnym użytkowaniu może być kłopot z utrzymaniem wzorcowego ładu. Dla gołębi miejskich w zasadzie nie istnieje pojęcie okresu lęgowego. W zależności od warunków mogą składać jaja nawet przez cały rok. Przystępują do lęgów nawet do pięciu razy w ciągu roku. W zniesieniu mają jednak tylko dwa jaja, dzięki czemu nie musimy się obawiać, że gołębie miejskie zalewając świat kolejnymi pokoleniami w niedalekiej przyszłości nie zepchną naszej populacji na drugi plan. Oczywiście gołębie brudzą nie tylko przy własnym gnieździe. Nieczystości zostają również na parapetach, dachach, balkonach i we wszystkich innych miejscach gdzie gołębie wypoczywają i skąd mają doskonałą perspektywę i widok na całą okolicę. Niestety fizjologii się nie oszuka i gdzie są gołębie tam muszą być również ślady obecności gołębia. Nie jest to jednak dostateczny argument dla tych właścicieli posesji, mieszkań i budynków, którzy niespecjalnie cenią awangardowe ozdoby i taki styl dekorowania elewacji.

Lęgowy gołąb miejski to jednocześnie hałaśliwy gołąb. A to również nie jest element sprzyjający popularyzacji tych ptaków w miejskiej przestrzeni. Doświadczam tego regularnie na własnej skórze, a właściwie własnych uszach. W pogodne dni od samego ranka aż po wieczór jeden wytrwały i niesłychanie zawzięty samiec urządza mi koncerty, w zasadzie nieustające. Pogruchiwania, pohukiwania niosą się i rozchodzą w powietrzu doskonale, a niepoprawny gołąb nie ma ani odrobiny przyzwoitości i zrozumienia dla człowieka chcącego w weekend pospać odrobinę dłużej.

 GOŁĄB SWÓJ ROZUM MA

 Gołąb miejski jest ptakiem kosmopolitycznym. Ptaki te występują praktycznie we wszystkich zakątkach naszego globu, oczywiście tam gdzie rozwinęła się cywilizacja. Nie znajdziemy gołębi na pustkowiach Syberii, północnych krańcach Eurazji, czy rozległych pustyniach i bezkresnych dżunglach.  Jednak poza Antarktydą na wszystkich kontynentach zlokalizujemy ślady obecności gołębi miejskich. Przystosowują się do życia w zorganizowanej przez człowieka przestrzeni doskonale. Potrafią wykorzystywać różnego rodzaju budynki, czasami nawet na pozór zupełnie nie wskazane dla ptaków. Hale, dworce, tunele, zadaszone perony, muzea, galerie handlowe i wiele innych budynków użyteczności publicznej. Szybko orientują się gdzie warto przebywać, gdzie jest miejsce służące do opuszczenia budynku, jak się przemieszczać. Byłem kiedyś w muzeum stworzonym w ruinach zamku, gdzie przebywało mnóstwo gołębi. Rozglądałem się dookoła i bezskutecznie szukałem miejsca, przez które przebywające tam ptaki mogłyby wlatywać i wylatywać na zewnątrz. W ciemnym pomieszczeniu nie było widać żadnych otworów, okien, czy dziur. Okazało się, że gołębie do przemieszczania się wykorzystują to samo jedyne niewielkie wejście, które przeznaczone jest dla turystów. Gdy szklane drzwi otwierał kolejny bywalec, gołębie korzystały z okazji i  ruszały z impetem tuż nad głowami ludzi ku otwartej przestrzeni. Ich decyzja oraz reakcja były doskonale skoordynowane i do perfekcji czasowo zgrane z niezwykle krótkim momentem uchylenia wejścia. Pozornie ptaki te wydają się krępe i mało zgrabne, jednak w powietrzu są sprawne i szybkie. Jeżeli gołębie są wszędzie to oczywiście nie może ich zabraknąć na terenie Zakładu Unieszkodliwiania Odpadów Komunalnych w Spytkowie, gdzie warunki do funkcjonowania mają wyborne. Plac z odpadami, składowisko, dowóz pokarmu, nasiona i warzywa które rozsiewają się na obrzeżach placu to pierwszy czynnik. Zakładowe garaże, hangary, hale i wiaty, gdzie można się schować w deszcz, mróz i niepogodę to drugi. Trzeci z kolei to względna swoboda i nie wchodzenie sobie nawzajem w drogę z wszechwładnym człowiekiem, a przynajmniej nie na taką skalę jak w otoczeniu siedlisk mieszkalnych. Jak gołąb nabrudzi na wysypisku odpadów to - summa summarum – dramat się nie dzieje. Jednak obserwując w ostatnim czasie te ptaki na terenie zakładu w Spytkowie doszedłem do konkluzji, że gołąb miejski to spryciarz i swój rozum ma. Mimo, że w takim miejscu ptaki te mogą poczuć się swobodnie, mogą sobie pozwolić na więcej, mogą nie ograniczać swoich poczynań, nie korzystają z tych przywilejów w sposób ostentacyjny. Mało tego,  starają się nie rzucać nikomu w oczy, przemykają nerwowo i nie pokazują się zbyt długo na otwartej przestrzeni. Mimo, iż całe stada mew i krukowatych dokazują aż zakład trzeszczy w posadach. Jednak zmyślny gołąb wie, że położenie ZUOK-u - z dala od miasta, tuż przy skraju lasu, w ustronnym i trochę peryferyjnym zakątku, skutkuje tym, że trzeba się bardziej pilnować niż w centrum nawet największych aglomeracji. Tu do gry wchodzą zagrożenia dużo poważniejsze w postaci drapieżnych ptaków, a nawet lisów, które potrafią wkraść się na zakładową posesję. A gołębie doskonale wiedzą, że przy takim dobrobycie żywieniowym można stracić głowę i osłabić swoją czujność. A na to tylko czekają okoliczne jastrzębie, krogulce,czy myszołowy…

  

środa, 30 wrzesień 2020 07:44

Cierniówka

CIERNIÓWKA – WOKALISTA Z GÓRNEJ PÓŁKI

Moja lipcowa wizyta na terenie ZUOK-u była zupełnym zaskoczeniem. Spodziewałem się, że jak zwykle w tym miejscu prym będą wiodły krukowate, mewy i bociany. A tymczasem najgłośniejszym i najbardziej rzucającym się ptakiem w całym towarzystwie okazała się… cierniówka! Tyle jej co kot napłakał, a moc, zaangażowanie i chęć pokazania się na najwyższym poziomie!

 NIEPOZORNY DOMINATOR

 Aż strach, co by wyprawiała tycia cierniówka, gdyby była ptakiem wielkości kruka, myszołowa, czy bociana. Rozmiary XL w połączeniu z taką dawką temperamentu i determinacji stworzyłyby prawdziwego potwora i dominatora w świecie ptaków. Nieustępliwość, upór, brak zahamowań i kalkulacji to prawdziwe oblicze tej niewielkiej pokrzewki. Na całe szczęście natura bardzo sprytnie i zmyślnie zamknęła ten ptasi dynamit w niewielkim ciałku, gdyż w innym przypadku przed stworzeniem tym drżałyby z pewnością nie tylko ptaki. A tak, mimo iż nie wiem jakby się napuszyła i wyprężyła to tylko zaledwie 15 centymetrów długości ciała. Z takimi rozmiarami i wagą zaledwie 15 gramów nawet najbardziej nabuzowana cierniówka może zrobić wrażenie najwyżej na innej cierniówce lub ptaszkach o podobnych gabarytach. I całe szczęście!

Niepozorność rozmiarowa cierniówek doskonale współgra z niepozornością ich wyglądu. Tu także odpowiedzialnie nie wyposażono tych ptaków w krzykliwe barwy, strojne piórka, widowiskowy wizerunek. To nie jest jej potrzebne. Cierniówka jest bowiem widowiskowa sama w sobie i doskonale potrafi zwracać na siebie uwagę bez zbędnych środków dopingujących w postaci wzorzystego i kolorowego oblicza. Szara głowa, szarobrązowy grzbiet z rdzawymi wstawkami na skrzydle oraz jasne gardło i białawy spód... i w zasadzie więcej nie ma co tu opisywać. A i cały ten rysopis niewiele pomoże w identyfikacji, gdyż po części można go przyłożyć do wielu krajowych gatunków. Warto dodać, że to jest w dodatku opis samca. Samica jest bardzo podobna, ale jeszcze mniej wyrazista, a wszelkie barwy jeszcze intensywniej zszarzałe. A więc „myszowatości” tym ptakom nie brakuje. Co jeszcze bardziej gmatwa sytuację i pogrąża początkujących miłośników ornitologii, nasza cierniówka ma swojego bliźniaczego kuzyna w postaci piegży. Obie pokrzewki podobne do siebie, jak bracia Mroczek, czy Golec, jednak jest klucz do ich rozpoznawania. Trzeba zwracać uwagę na odmienny kolor nóg, odmienny kolor na skrzydłach i… przed wszystkim na odmienny głos. W terenie nie zawsze można dostrzec szczegóły w wyglądzie, a głos się niesie, że ho, ho… Wystarczy osłuchać się z śpiewami, a że to ptaki „gadatliwe” i mocno się ze swoim wokalem promują, nietrudno o możliwość przetestowania swojej wiedzy w praktyce.

 ZAMIŁOWANIE DO ŚPIEWU

 Ptaki z reguły śpiewają wiosną. To początkowy okres lęgowy dla większości gatunków. Przylatują na swoje włości, zajmują rewiry, głosem oznajmiają o samozwańczym akcie własności do danego skrawka terenu. Kwiecień i maj to pora symfonicznych i chóralnych dzieł ptasich solistów, które przenikają się i mieszają tworząc niepowtarzalną aurę, szczególnie o poranku, w pogodny dzień. Z czasem emocje opadają, porządek i granice rewirów ustalone, przychodzą na świat pierwsze pisklaki. Milkną również samce, które nie mają już potrzeby informowania całego świata o swoim istnieniu i obecności. Latem trzeba się skupić na innych powinnościach i obowiązkach. Są jednak oczywiście od tego wszystkiego wyjątki. To najczęściej gatunki ptaków, które wydłużają swój okres lęgowy i w ciągu roku kilka razy podejmują wyzwanie wychowania kolejnego pokolenia. W tym przypadku nadal od czasu do czasu trzeba komunikować dla otoczenia o swojej pozycji i swoim panowaniu. Cierniówki w sezonie dwukrotnie podchodzą do lęgów, więc mają w tej materii coś do powiedzenia, i w przenośni, i dosłownie. Samce tych ptaków są bardzo rozśpiewane. A nawet są super rozśpiewane. Posiadają do tego smykałkę i zapał. Podśpiewują sobie i rano, i w południe i pod wieczór. Mają parcie do prezentowania wokalnych popisów zarówno terytorialne samce, jak i te młodsze, mniej doświadczone, dopiero aspirujące do założenia rodziny. Śpiew cierniówki jest jednym z najbardziej znanych głosów terenów otwartych. Byle kępa zarośli, byle większe zakrzewienie, byle przydrożny szpalerek niewielkich drzew – już słychać melodię cierniówek. Podstawowy śpiew jest dosyć prosty i niepozorny, to podzielone zwrotki składające się z krótkiego dosyć chaotycznego trelu powtarzane bez końca i do znudzenia. To jednak tylko przedsmak i uwertura do właściwej twórczości. W momentach największej ekscytacji i podniecenia samce przy swoich rewirach wykonują dłuższą i bardziej złożoną pieśń ( jednak o podobnym charakterze). Żeby bardziej uatrakcyjnić „wykon” wzbijają się wówczas w powietrze i powoli opadają wydając z siebie długotrwałą kaskadę dźwięków. Oczywiście lądują ponownie w widocznym miejscu i dalej występ kontynuują stacjonarnie. Takie popisy wokalno – taneczne ciągną z uporem i bez opamiętania.

 NIE CZEKAJĄC NA BIS

 Taką właśnie „szalejącą” cierniówkę zastałem podczas lipcowego wypadu do ZUOKU-u. Na drugi plan w tym momencie wyjątkowo wycofały się mewy, kruki również „rozpełzły” się po okolicach, bociany leniwie przechadzały się jak zwykle po całym zakładzie, a mały solista bez trudu zwracał swoim zapętlonym śpiewem uwagę całej widowni, którą w dużej mierze stanowiła moja osoba. Zamiast drzew i krzewów za swoje dwa strategiczne punkty do występu wybrał jedną z latarni oraz płot okalający teren składowiska. No cóż, scenę miał dostosowaną do futurystycznego i zurbanizowanego krajobrazu. A jak się już swój rewir wynalazło w tak specyficznym miejscu, to trudno o lepiej eksponowaną scenę niż klosz wysoko piętrzącej się latarni. Postanowiłem sprawdzić jak wydolny jest ten artysta i przez ile czasu jest w stanie zmagać się ze swoim repertuarem. Pomijam już fakt, że nie bylem na występie od początku. Czułem się trochę niekomfortowo, jak spóźniony widz na spektaklu teatralnym. Ale artysta najwidoczniej wybaczył mi faux pas, gdyż moje pojawienie się nie wybiło go z roli nawet na ułamek sekundy. Sprawdziłem też wytrzymałość na prowokację i stres cierniówki w trakcie występu. Test zaliczony na piątkę z plusem. Zbliżyłem się do samej latarni, zadarłem głowę, bezceremonialnie wtargnąłem pod scenę, a ptak swą twórczość prezentował z taką samą pasją i gorliwością. Powtarzał swoje zwrotki stacjonarnie, ale co jakiś czas wzbijał się w powietrze i swobodnie opadał z rozłożonymi skrzydłami na okoliczny płot. W czasie lotu tokowego pieśń wybrzmiewała nieprzerwanie z dużo większą intensywnością. I tak przedstawienie trwało w najlepsze. Samiec zmieniał miejsca, przelatywał z ogrodzenia na latarnię i z powrotem. Spojrzałem na zegarek i minęło już 15 minut, później 20, o rety to już ponad pół godziny. Z całym szacunkiem dla zdolnej i zaangażowanej cierniówki oraz jej twórczości nie byłem przygotowany na tak okazały występ. Po prostu nie czekając na bis udałem się w inną część zakładu. Co ciekawie, po godzinie wracając do zaparkowanego w pobliżu placu z latarniami samochodu, nadal w eter niosła się niekończąca się pieśń tej samej cierniówki. Od razu widać, że miałem do czynienia z wokalistą z górnej półki…

 

 

 

 

wtorek, 01 wrzesień 2020 12:25

Ekologiczny Piknik Rodzinny w Spytkowie!

Zapraszamy na Ekologiczny Piknik Rodzinny - Spytkowo 2020!

ZUOK Spytkowo oraz Stowarzyszenie Aktywne Giżycko serdecznie zaprasza na „EKOLOGICZNY PIKNIK RODZINNY – SPYTKOWO 2020” i 540 lecie powstania Spytkowa,  który odbędzie się 6 września 2020 roku. Początek o godzinie 14.00.

środa, 15 lipiec 2020 07:38

Rudzik

RUDY W ZAKŁADZIE

I nawet rudzik czasami skusi się, żeby wkroczyć na teren Zakładu Unieszkodliwiania Odpadów Komunalnych w Spytkowie - ptak lasów, parków, zadrzewień, cmentarzy, ogrodów, zagajników i śródpolnych zadrzewień, Trochę drzew, trochę krzewów, trochę gąszczu i rudzik w takim krajobrazie sobie poradzi. A jak taki zaradny to i z sąsiedztwa składowiska chętnie skorzysta…

 MIMIKA NA RUDZIKA

 Bez wątpienia rudzik to posiadacz jednego z bardziej bajkowych, komiksowych i urokliwych wizerunków. Duża głowa, drobna sylwetka, pokaźne czarne, rozczulające oko. Do tego ta rozległa ruda plama na piersi, gardle i twarzy, aż do sino-szarego czoła. Jak się dobrze napuszy to robi się puszystą kuleczką na cienkich nóżkach i z krótkim ogonkiem. Sprawdzi się doskonale jako wzór na pluszaka, zabawkę, bohatera kreskówki, czy po prostu przytulankę dla najmniejszych. Nawet znam jedno przysłowie o rudziku (oczywiście wymyślone przez siebie): „kto choć raz zobaczy rudzika, temu na twarzy zmienia się mimika”. Nawet jeśli ktoś nie lubi ptaków, na rudzika spojrzy przychylnie. Posunę się jeszcze dalej. Zagorzały i zdeklarowany wróg ornitologii, przy konfrontacji z rudzikiem, gdy spojrzy w te duże, niewinne oczy, zapała miłością do skrzydlatych braci mniejszych. Taki jest właśnie rudzik! Po prostu potrzebny i niezbędny, zarówno dla ptaków, jak i ludzi. Wygląd jednak to nie wszystko. Mniejszy od wróbla rudzik słynie jeszcze co najmniej z dwóch rzeczy. Pierwszym walorem jest jego waleczność, bojowość i nieustępliwość. Ten milutki i komiczny dla nas wizerunek rudzików, dla tych ptaków ma zupełnie inną wymowę. Rozległa pomarańczowa plama to sygnał wywołujący u rywali agresję, zachęcający do zmagań. Szczególnie wczesną wiosną kiedy samce ustalają swoje rewiry są niezwykle wyczulone na każdego innego „gościa z rudym znaczkiem”. To coś w rodzaju swoistej płachty, która w wiadomy sposób działa na byka. Co ciekawe, samice wyglądają niemal dokładnie tak samo i z dużej odległości nie ma szans na ustalenie płci. Jednak te po przylocie nie są odganiane przez samców z rewirów, a nawet wprost przeciwnie. Najwidoczniej płeć piękna rudzików ma w sobie to coś, co zniewala kawalerów, a czego my ze swoim ułomnymi zmysłami nie dostrzegamy.

 TYP JAZZOWY

 Drugi niewątpliwy walor rudzików to ich wspaniały śpiew. To jedne z niewielu gatunków ptaków, które oddają się wokalnej pasji od wczesnego świtu, aż do zupełnego zmroku. Tak więc podczas wieczornych i porannych spacerów po lesie możemy się nastawić na dominacje twórczości rudzików. A jaki jest śpiew tych ptaków? To trochę typ jazzowy, a więc nastawiony na czystą improwizację. Każda ze zwrotek jest nieco odmienna, różni się długością, tempem, wplecionymi zapożyczeniami od innych gatunków. Jest to zestawienie gwizdów oraz treli z charakterystycznymi opadającymi i wibrującymi frazami. Tak więc mimo tej różnorodności poszczególnych wykonawców można, przy wcześniejszym osłuchaniu się z tymi dźwiękami,  bez trudu rozróżnić głos rudzików na tle całej symfonii wiosennych ptasich śpiewów. A trzeba przyznać, że ptaki te mają talent i w pełni przykładają się do swoich występów. Stąd też rudzikowe pieśni są miłe dla ucha i plasują się wysoko na krajowej liście przyrodniczych przebojów. Przynajmniej w moich osobistych notowaniach. A że samce rudzików nie chodzą spać z kurami ich śpiew wybrzmiewa jeszcze długo po zachodzie słońca. Właśnie wczoraj wróciłem z nocnego objazdu po okolicy, gdzie słyszałem głos rudzika już w zupełnej ciemności, jedynie przy niewielkim wspomaganiu światła księżyca. Pytanie brzmi tylko, czy samice docenią taką aktywność i determinację w popisach. W końcu przeważająca większość tych serenad przeznaczona jest dla ewentualnych kandydatek.

 KORZYŚĆ Z MECHANICZNYCH SŁONI

Rudzik jest raczej płochliwy, ale w pewnych przypadkach zadziwiająco śmiały, a nawet  nieco wścibski. Doświadczają tego często właściciele ogródków, szczególnie kiedy zabierają się do pracy. Podczas kopania, grabienia, pielenia, koszenia mikro świat bezkręgowców ogarnia panika i ogłaszane są natychmiastowe alarmy. Z takiego zamieszania chętne korzystają rudziki, które swoim bystrym, wprawnym i całkiem dużym okiem w lot wychwytują dezorganizację w świecie owadów. Człowiek tego nie ogarnia, ale ptak szybko dostrzega każdy ruch, nawet tak drobnych stworzeń. I tak przy okazji działalności ogrodnika nadarza się doskonała okazja do udanych łowów. A rudzik nie jest wybredny. Każdy chrząszcz, larwa, mrówka, dżdżownica, pająk, czy ślimak są na wagę złota. Bywa, że taki rudzik w pewnym stopniu zaprzyjaźnia się ze swoim działkowcem i stale towarzyszy mu podczas jego prac w ogrodzie. Przesiaduje w pobliżu na płocie, czy ogrodzeniu, a jeżeli jest skoszony trawnik to może nawet uganiać się za pokarmem tuż przy nogach swojego dużego, dwunogiego sprzymierzeńca. Rudzików nie przeraża towarzystwo większego stworzenia. W lasach i puszczach ptaki te często towarzyszą ryjącym w ziemi dzikom, czy żerującym żubrom. W naruszonej przez ciężkie zwierzęta powierzchni mają szansę na szybki, łatwy i pożywny łup.

Na taki również łup liczą rudziki wkraczające na teren ZUOK-u w Spytkowie. Widywałem te ptaki wiele razy, jak kręciły się po asfaltowych alejkach, czy betonowych płytach. Tu w rolę dużego zwierza wcielają się ciągniki, spychacze, czy ciężarówki. Sprzęt ciężki rozgarnia, przesypuje i porcjuje hałdy z odpadami, ziemią, kompostem. W wyniku presji i działalności takich „mechanicznych słoni” wszystko co się rusza  goni i ucieka w popłochu. A rudzik tylko czeka przyczajony gdzieś w pobliżu składu opon na takie niestandardowe okazje. Pewnie głównie takie atrakcje przyciągają te ptaki z cichego i spokojnego okolicznego lasu wprost na zurbanizowany plac dużego zakładu...

 

wtorek, 09 czerwiec 2020 07:14

Bogatka

BOGATA Z URODZENIA

 Są w zasadzie wszędzie. Znajdziemy je w lesie, w mieście, na wsi, w parku, w łąkowych zadrzewieniach, w ogrodzie, nad wodą i gdzie tam sobie jeszcze zapragniemy. Na obecną chwilę nie ma ich jeszcze na księżycu. Ale wcale nie ma pewności, że w niedalekiej przyszłości to się nie zmieni. A kto bogatemu zabroni? Najzamożniejsza ze wszystkich, sikor, o czym sugeruje już sama nazwa. Bogatka, jak matka i ojczyzna, jest tylko jedna!!!!

 RZECZNIK PRAW SIKOR

 Sprawna, sprytna, niezłomna, niezbyt płochliwa, ciekawska, asertywna, bojowa, wszędobylska – to zestaw cech, który z pewnością wywindował bogatki do czołówki w rankingu najliczniejszych krajowych ptaków. Kto nie widział bogatki, kto nie zna bogatki, kto nie słyszał o bogatce? Takich ludzi po prostu nie ma. Każdy statystyczny mieszkaniec naszego kraju musiał przynajmniej raz w życiu spotkać się z bogatką. Jeżeli ktoś zdoła obalić moją hipotezę w sposób zbliżony do naukowego to ja z tego miejsca podaje się do dymisji i składam rezygnację z funkcji lokalnego miłośnika ptaków. Nawet jeżeli ktoś zupełnie nie zna się na ptakach, nie chce się znać i w ogóle traktuje przelatującą ptasią menażerię jako anonimową masę, której obecność niczego nie wnosi, o sikorach coś z pewnością słyszał. A nasza bogatka jest jakby ambasadorem, rzecznikiem praw obywatelskich wszystkich sikor i trybunałem konstytucyjnym w jednym. To na jej widok, uwijającej się w przydomowym ogródku, od sześcioletniego szkraba, po sędziwego seniora miażdżąca większość wskaże z zachwytem – o, sikorka! Nie ważne, że bogatka, kto by ją tam szczegółowo kwalifikował i rozpatrywał po gatunku. Jest sikorka i wszystko gra! I w tym przypadku trzeba uczciwie przyznać, że na wiotkich barkach dzielnych bogatek spoczywa ogromna odpowiedzialność, za całą rodzinę. To właśnie poprzez kontakty z bogatkami kształtuje się świadomość społeczna, relacje człowieczo – sikorkowe oraz myśl opiniotwórcza. Pozostałe gatunki sikor to w zasadzie zupełne anonimy dla przeciętnego obywatela. Po pierwsze rzadziej się pokazują, po drugie są mniej liczne, po trzecie mają mniej wyrazisty i znany wizerunek, po czwarte kto by sobie tam nimi zawraca głowę.

Trzeba jednak przyznać, że bogatki ze swojej funkcji reprezentatywnej wywiązują się lepiej niż poprawnie. Pozostałe gatunki sikor powinny być usatysfakcjonowane i nawet nie myśleć o jakimś wotum nieufności. Sikory są generalnie przez człowieka postrzegane nadzwyczaj pozytywnie. I to nie tylko przez znawców, miłośników przyrody, czy zdeklarowanych amatorów skrzydlatych istot. Darzą je sympatią również i zupełnie okazjonalni beneficjenci spotkań z naturą. Przejawem tych pozytywnych skojarzeń, a raczej namacalnym dowodem, są liczne karmniki, poidełka i budki lęgowe, które rosną jak grzyby po deszczu w przydomowych ogródkach, zieleńcach, na posesjach, działkach itp. To właśnie głównie z myślą o sikorkach te wszystkie inicjatywy i zabiegi. Człowiek zawsze lubi popatrzeć na „żywe”. „Żywe” ciągnie do „żywego”. A że małe i drobne ptaszki nie śmiecą, nie brudzą, zbytnio nie hałasują, nie przeszkadzają, a nawet i któryś tam coś trochę podśpiewa to wszystko zdecydowanie sprzyja ludzkiej akceptacji. Konflikty interesów w tym przypadku praktycznie nie występują!

 AGRESJA I WALECZNOŚĆ

 Ale, hola, hola… Przeciętny człowiek ocenić może taką bogatkę tylko przez pryzmat krótkotrwałego i przygodnego kontaktu. Przeciętnemu człowiekowi w zasadzie tyle wystarczy. Przeciętny człowiek nie bardzo chce więcej wiedzieć o bogatkach, a jak już, to nie bardzo chce na zdobywanie tej wiedzy poświęcić więcej czasu. Oczywiście wnikliwy przydomowy obserwator może śledzić żywot sikorek i wiosną, i zimą. Mogą mu się otwierać zupełnie nowe horyzonty, może dochodzić do rozmaitych wniosków. Tylko na to trzeba chęci, czasu i zamiłowania do takiej formy spędzania czasu. Dla znaczącej większości widok przemykającej sikorkowej sylwetki to zupełne spełnienie oczekiwań, edukacyjna satysfakcja i ogólne zadowolenie. A więc to kontakt maksymalnie powierzchowny i incydentalny. Przy takich strzępach obserwacyjnych bogatka oczywiście jawi się jako ptaszek wesoły, ruchliwy, kolorowy, pocieszny i beztroski. Z tego wszystkie zgadza się raczej tylko: ruchliwy i kolorowy. Przy wnikliwej analizie i rozebraniu przeciętnej bogatki na czynniki pierwsze rysuje się nieco inny obraz. Oto przed nami bogatka – agresor, bogatka – napastnik, bogatka – nerwus, bogatka – drapieżnik. Kto przez dłużą chwilę będzie miał okazję na wnikliwą obserwację życia przy zimowym karmniku od razu się zorientuje, kto tam rządzi. Bogatki w takich sytuacjach bywają bardzo agresywne, a całe stadko tych ptaków to już duży problem dla innych gatunków, które są notorycznie przeganiane i prześladowane. Niejeden raz widywano ataki bogatek nawet na większe ptaki, jak choćby dzwońce. Zimą te niewielkie sikory pojawiają się przy padlinie. Pomiędzy myszołowami, bielikami i krukami szukają swojej szansy na mięsne co nieco. Odnotowano w końcu również przypadki realnego polowania bogatek na inne ptaki, a nawet nietoperze. Taki jastrzębie, czy sokoły w wersji mini. Myślę, że jeszcze tak naprawdę bogatki nie pokazały nam wszystkiego, nie odkryły kart, nie odsłoniły pełnej palety swoich możliwości. Ale z pewnością należy doceniać i podziwiać ich waleczność, ekspansywność, siłę przetrwania i bytowania w różnych warunkach. To w przyrodzie daje moc i gwarantuje sukces przetrwania gatunku. I jak widać to bogatkom udaje się nadzwyczaj doskonale!

 PRZESŁANIE BOGATEK

 Oczywiście jeżeli bogatki pojawiają się praktycznie wszędzie to i nie może ich zabraknąć w otoczeniu ZUOK-u. To, że sikory żyją w okalających zakład lasach nie może u nikogo wywoływać nawet kszty wątpliwości. Jednak zadziwiająco często docierają w głąb zakładu, baraszkując gdzieś pomiędzy urządzeniami, a budynkiem sortowni. Szczególnie zimą plądrują hałdy, pojawiają się przy stertach kompostu, uwijają się w pobliżu kontenerów. Całymi stadami, grupami i kompaniami zalatują na uprzemysłowiony teren. Dodatkowo przy biurowcu znajduje się całkiem spory i zawsze pełen karmnik, co już zupełnie przemawia na korzyść do sikorek i zachęca do systematycznych odwiedzin. Inne gatunki sikor próżno wypatrywać na tle futurystycznego, zakładowego krajobrazu. A te harde, odważne i ekspansywne istoty prą do przodu i śmiało korzystają ze wszystkich możliwości. Również podczas zimowej akcji obrączkowania przeprowadzonej przez zaprzyjaźnionego ornitologa na zaproszenie Młodzieżowej Grupy Badawczej Ptaków Wysypisk „Kania” w siatki łapały się niemal same bogatki. To tylko dowód na to, jaką przewagę mają i jak strzegą swoich stałych punktów żywieniowych przed innymi gatunkami, których w przyzakładowym lesie również zimuje całe mnóstwo. Z bogatkami jednak nie ma żartów, o czym za każdym razem przekonuje się również nasz specjalista od obrączkowania, który przy swoich czynnościach został przez nie niejednokrotnie poszczypany i podziobany. To też świadczy o nieustępliwości bogatek i o tym, że się nie poddają i walczą do samego końca. To dobry przykład wart  powielania nie tylko przez ptaki. Ta uniwersalna zaleta powinna przyświecać również przedstawicielom rodzaju ludzkiego. Najgorsze co można zrobić to spasować, poddać się i położyć  bezradnie. Na koniec przesłanie: „nawet jak zgasną wszystkie gwiazdy i nie będzie słońca, nawet kiedy z wypłatą nie dociągniesz do kolejnego miesiąca, nawet kiedy toniesz i puszcza Cię ręka ratująca, zepnij cztery litery, weź się w garść i na przekór wszystkiemu zawalcz do końca!!!!”

 

czwartek, 14 maj 2020 10:02

Kania ruda - dwa oblicza

DWA OBLICZA KANI RUDEJ

Ptaki też bywają pełne sprzeczności i dwuznaczności. Można być wspaniałym, drapieżnym ptakiem majestatycznie szybującym wśród przestworzy, a jednocześnie grzebiącym na wysypiskach odpadów niczym przeciętny ptasi kloszard. Można być wspaniałym konstruktorem strategicznie usytuowanego w ustronnym miejscu własnego gniazda, a jednocześnie ciągnąć do swojego „mieszkanka” przypadkowe śmieci niczym przeciętny amator promocji marketowych. Można być niepowtarzalną i budząca grozę kanią rudą, a jednocześnie bezradną i przeganianą przez kruki...kanią rudą!

 GROŹNY ŚMIECIARZ

 Od kwietnia znaczenie i ranga Zakładu Unieszkodliwiania Odpadów Komunalnych w Spytkowie znacznie spektakularnie wzrasta. Nie oznacza to jednak jakiejś dzikiej nadprodukcji śmieci przez lokalną społeczność, choć w okolicy Świąt Wielkanocnych odpadów, resztek i pozostałości może być zdecydowanie więcej. W tym przypadku to popularność zupełnie inna – ornitologiczna. W tym czasie na terenie zakładu pojawiają się pierwsze kanie rude i będą się tam kręcić systematycznie aż do końca sierpnia. A trzeba czym prędzej wyjaśnić, że taka kania ruda to nie jest jakiś tam przypadkowy gołąb, czy kawka. To jeden z gatunków, który rozpala emocje, budzi zainteresowanie i przyprawia o gęsią skórkę niejednego miłośnika ptaków, szczególnie amatora szponiastych. To ptak nieliczny i występujący nierównomiernie na terenie kraju. Są miejsca w Polsce, gdzie na próżno można wypatrywać na niebie charakterystycznej sylwetki kani rudej. Szacuje się, że krajowa populacja liczy ok 1,5 – 1,9 tysiąca par, a większość z nich żyje na Pomorzu Zachodnim, Warmii i Mazurach. I to właśnie paradoks, że taką rzadkość i w pewnym sensie rarytas ornitologiczny możemy z łatwością zlokalizować w pobliżu hałdy z odpadami. To tam po raz pierwszy w młodości zobaczyłem te ptaki, kiedy jeszcze w miejscu teraz funkcjonalnego i prężnie działającego zakładu znajdowało się półdzikie i słabo kontrolowane wysypisko. Oznacza to tylko jedno, że kanie rude od lat zadomowiły się w okolicy, a takie miejsca z dostępem do resztek i odpadów są dla nich wyznacznikiem atrakcyjności danego terenu. Dodać jednak należy uczciwie, że poza bonusem w postaci możliwości korzystania z dobrodziejstw zakładu, krajobraz w okolicy Spytkowa spełnia wszelkie pozostałe wymogi dla tych ptaków. Kania ruda szczególnie preferuje mozaikę, miszmasz i zróżnicowanie, czyli po prostu najlepiej jeśli łąka graniczy z laskiem, lasek z polem, a na polu jeszcze śródpolne zadrzewienia, obok których rozlewiska i znowu łączka, za którą pole z granicą lasu tuż obok jeziora itd. Nie samymi śmieciami kania żyje, musi być jeszcze strefa ustronna i zamaskowana na założenie gniazda oraz rozległe tereny do prawdziwych polowań, jakie przystoją każdemu liczącemu się ptasiemu drapieżnikowi. Choć kania to oportunista pokarmowy – jak nie upoluje czegoś konkretnego to i padliną się zadowoli, rozjechanym na szosie nieszczęśnikiem, a czasem i odpadkami z naszych stołów. Taki to ptak o dwóch obliczach – groźna kania i żebrząca ruda!

 Z KURCZAKIEM NA KANIE

 Ile to razy człowiek dla tych ptaków głupiego z siebie zrobił! Obserwowałem i obserwuję kanie rude w ZUOK-u już od dobrych kilku lat. Niemal podczas każdego mojego przyjazdu między kwietniem, a sierpniem przy kilkugodzinnym pobycie i obserwacjach na niebie pojawiała się charakterystyczna smukła sylwetka z długimi skrzydłami i równie wydłużonym i wciętym ogonem.  Nie zawsze kanie rudą można szybko  i poprawnie oznaczyć. Czasami z daleka, patrząc pod słońce można ja pomylić z zaglądającą również do ZUOK-u kanią czarną. „Rudzielec” jednak ma bardziej intensywnie ubarwione upierzenie, rdzawobrązowy ogon oraz widoczne duże białe plamy na spodniej stronie skrzydeł. Dodatkowo z reguły ten ogon kani rudej jest bardziej wcięty, ale ta cecha czasami może być myląca. Wracając do mojej głupoty! Po wielogodzinnych obserwacjach z daleka tych ptaków zauważyłem, że mają specyficzny sposób żerowania. Najczęściej kręcą się i krążą nad placem i odpadami, by po chwili zapikować i w locie porwać coś z podłoża. Bywają to zwykłe śmieci, kawałki folii, papieru, a czasem jednak jakaś odrobiona mięsa. Nigdy jednak, albo prawienie nigdy nie lądują na ziemi wśród śmieci, jak robią to inne ptaki, choćby też drapieżne myszołowy. Pomyślałem, że może nie ma tam nic na tyle interesującego i dużego, by na dłuższy czas przykuć uwagę tych ptaków. A bardzo mi zależało na ich zatrzymaniu na podłożu przez dłuższy czas, żeby zrobić takie zdjęcie w pozycji tete-a-tete, czyli twarzą w twarz (albo nosem w dziób). Postanowiłem przygotować coś większego, coś co by skusiło i przyciągnęło drapieżniki. W tym celu wybrałem się do lokalnego supermarketu i kupiłem całego kurczaka. Oczywiście takiego oskubanego z wypatroszonymi wnętrznościami, takiego, który od raz mógłby wylądować w piekarniku. W drodze na składowisko pomyślałem sobie, że ten kurak wcale nie jest na tyle duży, żeby kania nie mogła go „capnąć” z powietrza, tak jak pozostałych frykasów z placu. A wówczas nie dosyć, że szybko straciłbym przynętę, to i ptak by się najadł do syta i zrezygnował z dalszych poszukiwań. Postanowiłem zatem przywiązać go sznureczkiem i trzymać swój zakup z działu mięsnego na postronku, tak jak Pawlak swojego kabana w kultowej komedii „Nie ma mocnych”. Nie będzie mógł zabrać swojego dania na wynos, to będzie musiał się zatrzymać i spożyć bezpośrednio w „lokalu”. Jedną stronę sznurka przytwierdziłem do drobiowego kikutka, a drugą do słupka znajdującego się na placu składowiskowym. Sam szybko ukryłem się nieopodal maskując się dokładnie w śmieciowym krajobrazie. Oczywiście z tego eksperymentu nic nie wyszło. Gdy kania ruda zlatywała zainteresowana kurczakiem przeganiały ją z determinacją kruki. Te z kolei bały się zbliżyć do przynęty, gdyż od początku widziały tam moja osobę i cały czas miały świadomość, że jestem przyczajony nieopodal. Czerwcowe południe paliło słońcem otwartą przestrzeń. Czułem się jak rozbite jajko na patelni, a obok powoli podgrzewała się potrawka z kurczaka. Po kilku godzinach zrezygnowałem z dalszego oczekiwania, a kurczak od żaru słonecznego zrumienił się jak w dobrze nagrzanym piekarniku. Jednak mimo tej obróbki termicznej nie zabrałem pieczystego do domu. Uwolniłem tylko z niewoli pozostawiając na placu łakomy kąsek rozpalający zmysły niejednego ptasiego głodomora. Już myślałem o ulepszeniu tego eksperymentu, analizowałem popełnione błędy. Kolejne próby były już w zasadzie zaplanowane, ale w ostatniej chwili te wszystkie dziwne pomysły wybiła mi z głowy żona, która zasugerowała, że jeżeli codziennie będę donosił ptakom świeże kurczaki z masarni to szybko pójdziemy z torbami. I to od razu do miejsca, w którym prowadziłem obserwacje kań rudych, kruków i niezjadanych kurczaków.

 SZMATKI DO GNIAZDA

 Dziwne są te kanie, ale jednocześnie intrygujące. Wydaje się, że okolica zakładu w Spytkowie jest zasobna w pożywienie i spełnia wszelkie wymogi tych ptaków. Są oczka wodne, łąki, pola, większe lub mniejsze zadrzewienia, a wszystko to pofragmentowane, poszatkowane, postrzępione. Krajobraz zróżnicowany i bogaty. Wszystko to sprzyja penetracji, możliwości zdobywania pożywienia, a także sposobności do izolacji i odpoczynku. Miejsc odpowiednich do założenia gniazd też jest całe mnóstwo. Dookoła aż roi się od niewielkich lasów i bardziej rozbudowanych śródpolnych, czy łąkowych zadrzewień, do których człowiek praktycznie nie zagląda. Wszystko przez trudny dostęp, gęsty podszyt, czy też podmokłe lub zabagnione fragmenty. A więc bezpośrednio z gniazda na żerowiska mają w linii prostej minimalne odległości. Mimo wszystko ich stała, systematyczna i regularna obecność przy składowisku z odpadami wskazuje, że stawiają w dużym stopniu i opierają się też na tym pożywieniu łatwiej dostępnym. Na placu można nie tylko coś znaleźć, ale można też coś komuś odebrać. Duży ruch, duże ilości ptaków, zmienność i intensywność dostępnego pożywnia – to wszystko oddziałuje na wyobraźnię kań rudych. Śmietnisko przydaje się jeszcze do innych względów. Nie wiadomo dokładnie dlaczego, ale ptaki te bardzo chętnie „dekorują” sobie gniazda znalezionymi przedmiotami, które jednak w naszym mniemaniu średnio się nadają do ozdoby. Mówiąc szczerze kanie ciągną byle jakie śmieci i odpady, które im w jakiś sposób wydają się atrakcyjne. Ptaki te przeważnie co roku budują nowe gniazda. W niektórych przypadkach jednak korzystają z tych samych. Najchętniej zakładają gniazda na sosnach, lokując je w rozwidleniu pnia, bądź na bocznych gałęziach na wysokości ok. 20 metrów nad ziemią. Oczywiście zdarzają się również gniazda na innych drzewach. Nie są to zbyt duże konstrukcje, ich wysokość wynosi ok. 50 cm, a średnica nieco przekracza tą wartość. Wyściółkę stanowi miękka roślinność … oraz śmieci. Czego to nie znaleziono w gniazdach kani rudych. Były szmaty, folie, opakowania po czteropakach piwa, a nawet niedopałki papierosów. Taka forma zbieractwa i kolekcjonerstwa nie zawsze spełnia swoją pozytywną rolę. Domyślam się, że te gromadzone odpadki mogą w jakimś stopniu wzmacniać konstrukcje, poprawiać wygodę, pełnić role izolacyjne, jednak słyszałem też o przypadkach zaplątania się młodych ptaków w zawleczone przez dorosłe ptaki sznurki, folie i inne odpadki. Ale my możemy sobie tylko pogadać, a przyzwyczajeń, nawyków i strategii kań rudych nie zmienimy. Dla mnie to trochę dobrze, bo mogę do woli obserwować te ptaki kręcące się od kwietnia do września nad zakładem w Spytkowie!

wtorek, 28 kwiecień 2020 08:47

Czas Dzięciołów

CZAS  DZIĘCIOŁÓW

 Marzec to zdecydowanie czas dzięciołów. Słoneczko na niebie, ciepły strumień powietrza, bezwietrznie i sucho – definitywny koniec zimy i ptasie zmysły zaczynają wariować. Podniecenie, ekscytacja, instynktowna ekspresja, rozbudzony zew wzmożonej aktywności przekładają się na widoczne czyny, zachowania i podejmowane działania. Trzeba się pokazać, trzeba dać znać o sobie, trzeba się wypromować. Dzięcioły na start! Marcowe zawody rozpoczęte!!!

 WARSZAWA I DZIĘCIOŁY

 Ze wszystkich krajowych dzięciołów, z całego rodzinnego klanu, ze wszelkich łażących po pniu głową do góry i wykuwających dziuple stworzeń - dzięcioł duży jest liderem, zwycięzcą, dominatorem i przodownikiem. Mimo zmian w środowisku, mimo nieustannej ingerencji człowieka, mimo zupełnie nowych porządków i perspektyw, gatunek ten wpisuje się ze swoim wizerunkiem w zasadzie w każdy krajobraz i każdą przestrzeń. Las głęboki i dziki, jaki jeszcze pozostał nam w ostatnich i niewielkich fragmentach – dzięcioł duży puka. Miejski park w wielkiej aglomeracji z betonowanymi alejkami i ławeczkami – dzięcioł duży stuka. Ogródki działkowe, gdzie przeciętny emeryt szuka wyciszenia i relaksu – dzięcioł duży werbluje. Nadwodne zadrzewienia, dziki brzeg w towarzystwie trzcinowiska, zarośla wierzbowe i piękny pejzaż rodem z malarskich plenerów – dzięcioł duży kuje! Gdzie jakieś byle drzewo, gdzie jakiś solidniejszy pieniek, czy byle krzewina z roślejszymi drzewkami – tam biało-czarna sylwetka z mocno odznaczonym czerwonym podogoniem, czarnymi wąsami  i silnym dziobem pojawia się regularnie, a jej widok raczej nikogo nie dziwi.

Dzięcioł duży to bezwzględnie synonim sukcesu. I to nie tylko laur w kategorii skrzydlatych mieszkańców. To przykład również dla naszego gatunku ogólnie, jak i dla każdej jednostki indywidualnie – jak się przystosować, wyjść z opresji, postawić na swoim, okiełznać nieznane, budować i organizować się, a nie bezradnie rozkładać skrzydła. Obecnie wielkość populacji dzięcioła dużego w naszym kraju szacuje się na ok 900 tysięcy par i cały czas notuje się wzrost liczebności tego gatunku. To naprawdę imponujący wynik w rodzimym świecie ptaków. To mniej więcej tyle ile mieszkańców liczy sobie nasza stolica. Wyobraźmy zatem sobie Warszawę ze swoim zgiełkiem i ruchem, a w jej granicach uwija się i kręci 1 800 000 dzięciołów. Nie masz cwaniaka nad Warszawiaka - nie masz mocnego nad dzięcioła dużego!

 ZJE PRAWIE WSZYSTKO

 Jaka jest więc recepta dzięcioła dużego na sukces, która wypycha na piedestał ten gatunek w zestawieniu z innymi krajowymi przedstawicielami rodziny dzięciołowatych Oto tylko kilka czynników składających się na takie powodzenie. Po pierwsze istotną rolę odgrywa ich wrodzona tolerancja siedliskowa. Dzięcioły duże nie są ograniczone do specyficznych warunków i wąskiej specjalizacji w stosunku do biotopu, który zamieszkują. Niektóre dzięcioły do funkcjonowania muszą mieć obumarłe i stare drzewa z przewagą świerka w sercu nietkniętego przez człowieka kompleksu leśnego, inne nie wyobrażają sobie świata bez podmokłych olsów i grądów, jeszcze inne wymagają obecności wiekowych, olbrzymich dębów w mieszanym drzewostanie świetlistego lasu. A więc wymagania spore, niczym rozpasanych gwiazd show biznesu. Wiadomo, że takich terenów nie jest dużo, a z roku na rok pod wpływem działalności człowieka giną w oczach. Dzięcioły z reguły nie są elastyczne i przywiązują się do naturalnych warunków funkcjonowania. Co więcej, natura też w większości tak przystosowała te ptaki, że trudno by było im zaistnieć w zupełnie innych okolicznościach i innych siedliskach. Takie ograniczenia nie dotyczą dzięciołów dużych, które równie dobrze zagospodarują przestrzeń lasu, jak i miejskiego parku, cmentarza, przydrożnej alei, ogrodów, dużych zwartych kompleksów leśnych, jak i niewielkich śródpolnych lub łąkowych zadrzewień.

Drugi czynnik to dosyć bogate, urozmaicone i szerokie menu. Dzięcioł duży nie grymasi i to wychodzi mu jak najbardziej na plus. Oczywiście, jak przystało na dzięcioły, podstawowym pokarmem są owady i ich larwy wydłubywane i wyciągane z drewna. Jednak gdy ogranicza się dostęp do tego pożywienia to bez trudu przestawia się na inne pożywienie. A jest tego całkiem dużo: nasiona szyszek, owoce, a nawet padlina. W dodatki może odwiedzać nasze karmnik, gdzie pałaszuję słoninę, czy przydomowe ogródki w celu konsumpcji pozostawionych na drzewkach jabłek. Jeżeli jeszcze do tego dołączymy zupełnie wymyślne „potrawy” takie jak: mszyce, sok spijany z brzóz, pisklęta i jaja innych ptaków to wyciągniemy z tego jedną i konstruktywną konkluzję – dzięcioł duży nie jest wybredny!!!

 WYSOKO POSTAWIONA POPRZECZKA

 Echo wiosennego bębnienia dzięciołów dużych rozchodzi się również po terenie Zakładu Unieszkodliwiania Odpadów Komunalnych w Spytkowie. Czyżby odpady i resztki były pokusą do odwiedzin? Mimo rozbudowanego i bogatego jadłospisu dzięcioły raczej nie upadły tak nisko, żeby grzebać na hałdach i stosach śmieci. Tym bardziej, że warunki o tej porze roku już na tyle sprzyjające, że można bez trudu znaleźć swój podstawowy i sztandarowy pokarm. Co innego zimą - zakładowy karmnik, a szczególnie znajdująca się tam słonina, owoce, czy kule tłuszczowe  mogłyby być zdecydowanie ofertą „de luxe”. Jednak mimo wszystko nigdy nie widziałem dzięciołowych sylwetek w pobliżu tej ptasiej jadłodajni. Ale może w myśl staropolskiego przysłowia wymyślonego przeze mnie przed chwilą - kiedy człowiek nie widzi, wówczas ptak się nie wstydzi.

W każdym razie wiosenna aktywność dzięciołów jest widoczna w ZOUK-u. Okalające plac wysokie drzewa i sąsiedztwo lasu to wystarczające argumenty dla tych ptaków, żeby się od czasu do czasu pojawiały w tym miejscu. Nad placem przelatują tylko niczym strzały zmieniając sobie drzewostan i miejsca żerowania. Poszukują też oczywiście partnerów. To jest w końcu wiosna, a o tej porze roku samotność może bardziej doskwierać nie tylko człowiekowi. Trzeba się spieszyć, obowiązków każdy dzięcioł wiosenną porą ma co nie miara. A to zaloty, a to walka z konkurencją, a to wyznaczenie terytorium, a to kucie dziupli… trzeba być bardzo zdyscyplinowanym, wytrwałym, ambitnym i pracowitym, aby wypełnić wszelkie powinności przeciętnego dzięcioła.  Zwykle staram się brać przykład z tych ptaków i  snując życiowe plany ustawiam sobie poprzeczkę na podobnym poziomie, jednak już każdego leniwego ranka strącam ją z pełną determinacją. No cóż, gdzie mi tam do dzięcioła, a szczególnie do dzięcioła dużego…

Strona 1 z 9